Czas mocniej ruszyć z kopyta, docisnąć pedał gazu do podłogi i… napisać recenzję długo oczekiwanego krążka Arcade Fire, czyli relatywnego debiutu pełnego longplaya na stronie.
”The Suburbs” to trzeci krążek w dorobku Kanadyjczyków. Nakreślając pokrótce historię zespołu: najpierw był bardzo zacny debiut pod tytułem ”Funeral”, po którym wszyscy krytycy piali z zachwytów… i mieli całkowitą rację.
Trzy lata później przyszedł czas na ”Neon Bible”, i który choć również doceniony, to obok pochwal pojawiały się zarzuty o ”gwiazdorzenie”, stadionowe granie i silenie się na zrobienie czegoś wybitnego – a co najczęściej przybierało zbytniej pompatyczności i barokowości. Tutaj racje rozprowadzały się mniej więcej na porównywalnym poziomie.
Często powtarza się utarte frazesy o ważności debiutu. Wiadomo, zaistnienie na rynku, wybicie się z undergroundu itd.
Później przychodzi drugie wydawnictwo i dokłada się do tego syndrom drugiej płyty: Potwierdzą umiejętności czy spalą się pod presją otoczenia? Proste, na debiut zbiera się pomysły z całego życia, później już rożnie z tym bywa. Niestety u większości zespołów wygrywa zdecydowanie druga opcja
Trudno w tym miejscu zakwalifikować zespół Arcade Fire. Bowiem ”Neon Bible” nie był dla mnie potwierdzeniem ich wartości z debiutu, ani tym bardziej kompletnej porażki. Zatem, czyżby wymykali się standardom i logice?
Tutaj dochodzi jeszcze jedna opcja, która może nam w końcu coś więcej wyjaśni – jak to jest w końcu z tymi Arcade Fire?
Zatem, wiecie jak się nazywała trzecia płyta Blur? A jak to było z komputerem od Radiohead? Ich trzecie krążki wprowadziły na drogę chwały. A teraz przypomnijcie sobie co wydało w 1997 roku Oasis. Bracia Gallagher unaocznili jak łatwo można doić pieniądze na własnej legendzie. Teraz powinniście wiedzieć czemu w ogóle poruszam tą kwestie.
Tylko czy dzięki ”The Suburbs” Butler i spółka zostaną ukoronowani przez historię? Chyba jeszcze za wcześnie na odpowiedź (abstrahując od tematu ciekawe czy niedługo u mnie zdiagnozują syndrom manierycznego porównywania wszystkiego co ciekawe w muzyce do Blur).
Jak zatem na tym tle wypada ”Suburbs”?
Panowie najwyraźniej wzięli sobie do serca krytyczne uwagi po wydaniu ”Neon Bible” i udali się w zaciszne, domowe miejsce (Montreal) i poczęli nagrywać nowe piosenki, a nie owijając dłużej w bawełnę mogę jasno stwierdzić: nowy krążek ”Suburbs” to kawał dobrej roboty. Ba, to ponad godzina świetnej muzyki, która tylko potwierdza klasę zespołu.
Arcade Fire znacznie poszerzyło muzyczne horyzonty, to już nie tylko zawężone i dość mocno naciągane ostatnimi latami granie spod znaku ”indie”( choć w ich wypadku było to bardzo świeże i intrygujące). Mamy sporo naleciałości popowych, folkowych, a także czystego rock & rolla z przełomu lat 70/80. A z wszystkich zarzutów o tzw. ”robienie czegoś wybitnego na siłę” wyszli po profesorsku. Dyplomatyczna powściągliwość i ustatkowane piosenkarstwo (a jednocześnie nie jest to zachowawczość w stylu ostatniego Band of Horses) bije od większości numerów, przedstawiając to w czym Arcade Fire są najlepsi – pisaniem ładnych piosenek.
Na całą płytę składają się utwory pełne emocji, znakomita melodyjność i szeroki dobór instrumentów. Weźmy na ten przykład tytułowe ”Suburbs”, jawiący się jako słodko-leniwy sympatyczny kawałek, zagrany z taką łatwością, a kryjący w sobie prawdziwą monumentalność. Tak wygląda przeważająca część płyty, różnorodnej, wysublimowanej, a przede wszystkim pięknej: energiczne petardy pokroju ”Month of May” czy oparte na smyczkach ”Empty Room”, wyrafinowane ”Suburban War”, epickie ”We Used to Wait” i oczywiście rozbrajające ”Rococo”. Swoją drogą, ciekawe jak członkowie zespołu wpadli na pomysł zrealizowania refrenu: rokoko-rokoko-kokoko etc, po drugiej zwrotce wchodzące jeszcze na wyższy poziom patosu, budzi naprawdę bardzo zabawne odczucia. Przypomina mi stary Police’owy kawałek DeDoDoDo DeDaDaDa.
Na dodatek pochwalić wypada świetne teksty i osiem okładek do wyboru, z których każda świetnie nadaje się na wakacje. Szkoda tylko, że na postawionej na wstępie tezie odpowiedzi nie znalazłem. Ciągle daleki jestem od wymawiania przymiotnika ”wielki” obok nazwy zespołu, choć mam nadzieję, że po następnym albumie będę mógł to uczynić bez wyrzutów sumienia. Pozostaje czekać następne trzy lata, liczyć na mniej niepotrzebnych kłótni Butlera z Coynem… i słuchać, słuchać, słuchać Arcade Fire.
Ocena: 8,1

It‘s quite in here! Why not leave a response?